Wszechobecna dziś rzeczywistość cyfrowa zakrywa fakt, że pod koniec ostatniego stulecia, jeszcze w latach 70. czy 80., a nawet 90., sztuka posługiwała się fotografią analogową, a wywoływanie w ciemni odbitek stanowiło niezwykłe rzemiosło. Przypomina nam o tym wystawa pt. Szara godzina, którą we Wrocławiu przygotował Jerzy Lajstowicz.

Trzech przyjaźniących się artystów fotografii, Bogdan Konopka, Jerzy Lajstowicz i (Andrzej) Mariusz Wieczorkowski, operowało wówczas (w zeszłym wieku) czernią i bielą jako najszlachetniejszą opozycją. Jak wiadomo, wybór czerni i bieli w fotografii pociąga za sobą monochromatyczne bogactwo szarości. I właśnie szarość stała się duchem inicjującym wystawę zdjęć tych autorów w gmachu Politechniki Wrocławskiej. Widza prowadzi tam specjalnie zaaranżowana przestrzeń przypominająca labirynt, a w wybranych pomieszczeniach napotyka się wręcz teatralną scenografię.

Szara godzina ukazuje nam pracę fotografa tamtych czasów jak pracę alchemika, na którą to metaforę niejednokrotnie powoływali się wówczas ci artyści fotografii. Miejsce pracy alchemika obrazu to ciemnia, jak laboratorium alchemiczne właśnie, wymagająca odczynników chemicznych i czerwonego światła, które nadaje klimat odrealnienia, zabarwia przedmioty i ciecze, w jakich moczy się papier fotograficzny. Uzmysławia to ciemnia zainscenizowana na wystawie.

Ale szarość i ciemność to coś więcej niż tylko wizualny aspekt przestrzeni. To realne źródło obrazów dla fotografa, który obcując z nim staje się, jak pisał Mariusz Wieczorkowski, „tropicielem światła”. Bo jak wiemy, światło rodzi się w ciemności i szarości. Dlatego warto odwołać się do słów tym razem Mariusza Palki, znawcy prac Bogdana Konopki: „Czy istotą fotografii jest bowiem na pewno światło? Czy może jest nią cień, który je wydobywa i nadaje mu kształty? Gdyby nie cień i ciemność, nie byłoby fotografii”.

Bogdan Konopka, fot. Jerzy Lajstowicz

Te dialektyczne, metafizyczne rozważania nad naturą zdjęć przybliżają ówczesne poszukiwania trójki fotografów. Poszukiwania, które – przypomnijmy – miały miejsce w rzeczywistości mocno opresyjnej, zwłaszcza w PRL-u lat 80. A była to przecież rzeczywistość fundamentalnie szara, nie tylko z racji na systemowo tępione swobody obywatelskie, monopol partyjny i narzuconą unifikację, ale też z racji na niedobory rynku planowanego centralnie. W jakimś więc sensie, kultywując fotografię czarno-białą, Konopka, Lajstowicz i Wieczorkowski drążyli tę szarość rzeczywistości.

Dlatego na wystawie odnajdziemy fotografię reportażową, zaangażowaną, kiedy artyści dokumentują „wielkie zadymy”, jak nazywane były wtedy protesty społeczne oraz ich tłumienie przez milicję i ZOMO. Określenie „zadyma” miało też wydźwięk dosłowny, bo podczas akcji używane były przez funkcjonariuszy sił porządkowych świece dymne i gaz łzawiący, co widać też na prezentowanych zdjęciach. W jednym z opisów możemy przeczytać, jak mundurowi wytropili Bogdana Konopkę, fotografującego z dachu zamieszki i brutalnie go pobili, niszcząc sprzęt fotograficzny. Obok zdjęć zadym warto przyjrzeć się też dokumentacji zdarzenia, do jakiego doszło w ciągnącej się ulicą kolejce do sklepu, w której umiera człowiek. Patrząc na tę kolejkę, przypominają mi się słowa piosenki: „za czym kolejka ta stoi”, jak śpiewała w słynnym szlagierze lat 80. Krystyna Prońko, i odpowiadała: „po szarość, po szarość, po szarość”. W tej konkretnej sytuacji, jaką oglądamy, trzeba by te słowa uzupełnić dramatycznym: „po śmierć”. Zastanawiam się, co to za człowiek umarł tam wtedy, jaka była jego historia i co było przyczyną śmierci. Zawał? Wylew? A może trzeba pozostać z tajemnicą, jak pozostawiają to zdjęcia, bo widzimy tylko anonimowe ciało leżące na trawie.

Jest jeszcze jeden aspekt związany z tytułową szarą godziną, dla wystawy chyba najważniejszy i bardzo istotny z dzisiejszej perspektywy. Otóż w tekście towarzyszącym prezentacji, wybranym ze spuścizny po Mariuszu Wieczorkowskim, pisał on: „szara godzina jest przejściowym czasem zmierzchu, kiedy zachodzące słońce znalazło się pod linią horyzontu, lecz ziemi nie zdążyły jeszcze ogarnąć ciemności”. Ta niezwykła pora, celebrowana wtedy przez artystów, została dziś zaprzepaszczona przez „pychę sztucznej światłości”, która „pozornie zrównała dzień z nocą”. Słowa te i powołująca się na nie wystawa są więc w moim mniemaniu zaproszeniem do tego, by na powrót doświadczać szarej godziny, by odradzać w sobie prymarne doświadczenie człowieka „pradawnego, choć nie tak odległego w czasie”. By kultywować albo przywracać uważność wobec własnego ciała, przyrody, rzeczywistości, którą umożliwia szara godzina. W lesie, górach, na pustkowiu, poza miastem.

Pomaga w tym tematyka, jaką biorą na warsztat. Bogdan Konopka, nieżyjący już przedstawiciel fotografii elementarnej (obok Jerzego Olka), z wyboru emigrant we Francji (jedna z jego ekspozycji nosiła tytuł Szary Paryż), tworzył swoiste martwe natury; to studia nad detalem, architekturą, roślinami, nad pracą czasu. Jego fotografie są jak nieustająca medytacja nad rzeczami, zamknięta w nieruchomy kadr. Artysta używał przy tym aparatu wielkoformatowego i metody stykowej – negatyw kładł bezpośrednio na papier. Wymagało to całkowitego skupienia i uwagi. Uwagi alchemika.

Związany z wrocławskim środowiskiem teatralnym Jerzy Lajstowicz, fotografik i inscenizator, portretuje ludzi: twarze kobiet i swoją twarz, akty. Uzmysławia przy tym, że przyglądanie się człowiekowi to dwie nakładające się czynności – to patrzenie czysto zmysłowe, na kształty, linie czy barwy, oraz patrzenie i myślenie o obiekcie obrazu. Jest w tym wówczas odrzucanie kształtującego go przypadku i poszukiwanie stałych jakości. „Patrzysz na człowieka i poznajesz coraz lepiej mechanizmy maskowania i odsłaniania tego, czego szukasz naprawdę”, pisze fotograf, ale następnie dociera do konkluzji – ostateczny obraz widzianego podmiotu wysnuwa się z siebie i swoich pragnień, jakim powinien być człowiek.

fot. Jerzy Lajstowicz

I wreszcie zmarły dwa lata temu Mariusz Wieczorkowski. Był nie tylko fotografikiem, ale pisał też krótkie prozy. Z wykształcenia etnolog, z konieczności opozycjonista i założyciel podziemnego wydawnictwa w drugiej połowie lat 80. Na wystawie poznajemy jego teksty literackie, które współtworzą narrację obrazów, umiejętnie zainscenizowaną przez kuratora. Są to opowieści paraboliczne i paradoksalne i mają w sobie coś z Becketta albo Hessego, jak na przykład opowiadanie o czarnym pasie na swetrze, w którym bohater pozował do zdjęć, a który został szmatą do mycia podłogi. Mogą też zbliżać się do kontemplacji przedmiotów, jak etnograficzna obserwacja układu betonowych elementów budowlanych, ukazywanie ich z wielu perspektyw, jak tajemnicy bytu.

Tryptyk Mariusza Wieczorkowskiego

I to wszystko skłania mnie do tego, by podczas przyszłych wędrówek o zmierzchu i świcie, poprzez podwórka i zaułki poza światłem latarń albo przez pola i lasy (poprzez pola i lasy), starać się, przynajmniej starać się, wieloma zmysłami wyłapywać szarą godzinę i zaciągać się nią. I tak chociaż przez jakiś czas.

Szara godzina. Fotografie Bogdana Konopki, Jerzego Lajstowicza, Mariusza Wieczorkowskiego; inscenizacja: Jerzy Lajstowicz; Politechnika Wrocławska, czerwiec-lipiec 2025

.

.

.

.

.

.

Marcin Czerwiński
redaktor, wykładowca, poeta, reżyser. Mieszka we Wrocławiu.