Gdy jeleń spotyka węża, połyka go. Potem gna i pędzi bez zatrzymywania przez dwa czy trzy dni, aż go strawi

.

Umrę albo nacisnę przycisk kontaktu. Szczekanie psa. Człowiek, to na pewno dłuższa historia niż szczekanie Saby. Powtórzyłam za poetą, który tam za licznymi wrotami miał swój tom w centralnym miejscu synagogi na stole. Książka musiała być zawsze dostępna w dzień i w nocy.

Strażnik rzeczy uratował mi życie. Diogenes w jedynej zachowanej świętej przestrzeni śmieci. Miał spuchniętą twarz i nieświeże ubranie. Ubrany w pomięty, szary podkoszulek i kalesony stanął w szczelinie bramy. Wejście blokowała kolekcja starych okien i odrzwi, które pamiętały ludzi z taśm zdjęć przy Świętoduskiej i Lubartowskiej.Władze miasta ozdabiały ruiny wizerunkami przechodniów nieoznaczonych jeszcze gwiazdami. Dałabym radę, szłam dzielnie. Nie było już daleko do przystanku. Mijałam kobiety, starą i młodą, w kraciastych chustach. Młoda dźwigała tobołek z dzieckiem. Nie widziały mnie. Zajęte rozmową nie zauważyły też fotografa, dzięki któremu szły ze mną Świętoduską. Niektórzy zawieszeni na ogrodzeniu góry rozkopanej ziemi o wrażeniu gigantycznego, świeżego grobu patrzyli mi w oczy. Małe dzieci szły przed siebie. Chłopcy w wieku szkolnym stawali w bramach sklepów pozując. Wyglądali na małych strażników przemijającego świata. Zawarli pakt z robiącym zdjęcia o trwaniu w miejscu. Na pierwszym planie koń rusza łbem. Smuga domagała się dotyku, uformowania. Zaczęłam ją głaskać. Wtedy ktoś zaskoczył mnie od tyłu. Młody mężczyzna. Powiedział, dzień dobry, a ja zapomniałam o ojczystym języku. Mam tak, kiedy ktoś niespodziewanie czegoś chce ode mnie. On, o przepraszam. Wtedy już, że rozumiem i mówię po polsku. Widzi pan, czytam: Golenie i strzyżenie kobiet. On, że stoję po tej stronie lustra, gdzie jest odbicie rzeczywistości. Proszę, niech pani spojrzy. To miejsce ze zdjęcia jest dokładnie tam, po drugiej stronie ulicy. Podziękowałam, odszedł. Zostawił mnie z tymi ludźmi, którzy mieli być naprawdę po drugiej stronie ulicy i żyć za prawie sto lat. Odszukałam balkon z wietrzącą się pierzyną. Był pustym balkonem owiniętym ochronną siatką. Wóz z beczką, jeleń z reklamy mydła Schicht: „Radzę Szanownej Pani dobrze. Niech Pani używa jedynie mydła Jeleń-Schicht. Proszę wystrzegać się falsyfikatów i zwracać uwagę na markę”. Słyszałam odgłosy. Nawet jeleń z biało-czarnej reklamy stanął na czerwonym kole, na blasze pokrytej żółtą farbą. Jaśniał jak ten podczas nocy ze słynnego, warszawskiego neonu, gdzie spotykały się na rogu ulice 3 Maja i Nowego Światu.

Żadnej ławki. Domy, które wydawały się chwiać od wspinaczki po Lubartowskiej, zrzucały mi gruz pod nogi. Omijałam ich kamienie przed otwartymi bramami. Nie dam rady. Trzeba się schować. Akurat tu.

Drewniane schody z ruszającą się poręczą. Stopnie z przytulonymi do nich kolumnami książek. Na progu sali modlitw zabawka piesek. Madelsztam na swoim miejscu, jakby czas stanął w miejscu. Starzec Już widno, śpiewa pieśń syrena. Do góry poszła stora. Starcze, podobny do Verlaine’a, Teraz na ciebie pora! Z oczu zielone światło bije – Chrystusów albo dzieci, A chustka, co okręca szyję, Tureckim wzorem świeci. Mruczy wyrazy jakieś… Zapalę wszystkie światła. Szkoda prądu, jest dzień. Dzień nie ma wystarczającego światła na tę chwilę. I cóż pan, panie Hercowicz? Za oknem ciemność i śnieg… Dałbyś pan spokój, Sercowicz! Takie jest życie, nie?… Daj ręce przed siebie. Zobaczę, czy jeszcze udźwigniesz torę. Weź, ona ma za wąską sukienkę, widzisz. Jesteś silna. Zobacz, pióro do pisania tory obgryzła Sabcia. Dudka cała na szczęście.

Boję się, to wszystko zniknie. Też się boisz? Gdyby ktoś wyrzucał twoje rzeczy, powiedz mu, że w synagodze znajdą miejsce. Niczego nie wyrzucę. Obrazy i rysunki postawię w Bet ha-midraszu. Można chować książki pod krzesła, stoły w Bet ha-knesecie. Piesek załatwił się w tej chwili na stare deski podłogi. Saba nie powinna przebywać w synagodze, ale żyje tu i co prawo na to. Nic.

Wiesz, raz się spóźniłem i byłem na pogrzebie biblioteki, daleko stąd. Wykopali dół w Ziemi Księgi. Wiesz, to normalne, można robić pochówki książkom, ale czy nie lepiej je czytać? Mówię, żeby wyciągnęli z dołu. Szkoda gadać. Szukałem cię. Powiedzieli w teatrze, że cię nie ma. Jak to nie ma, pytam. Nie ma. Odmówiła niszczenia książek do sztuki. Witaj w rodzinie! Mojsze-katolik, znaczy bardziej Żyd niż żyd, wziął się za sztukę o problemach z wydaniem przez żydowską pisarkę jej dzieł. Postanowił zniszczyć do przedstawienia tej historii tony książek z bibliotek po miejscowych naukowcach, literatach, architektach i innych.

Plakaty chociaż dla nich robiłaś? Poszłam jeszcze przed wystawianiem „Hindełe” z taką ideą do dyrekcji. Pani chce zaistnieć, ale nie zaistnieje. No i zniknęłaś.

O, masz magnetofon Grundig. Taśmy też masz. Można tu zrobić przedstawienie Becketta „Ostatnia taśma Krappa”. Odsłuchać nas z kilkunastoletniej taśmy na szpuli. Taki sprzęt opisał Irlanczyk. Nie przewidział postępu technicznego. Może będzie głos twojej mamy. Tylko bóg może zorganizować mi spotkanie z mamą. Któż inny, powiedz. Dlatego na przekór, wbrew, wierzę.

Zbierała zdjęcia. Widzisz, miejscowi działacze. Przychodzili tu uczyć się od nas żydostwa. Dobrze się nauczyli. Przestali przychodzić. Mysłowski, krzyż Malewicza i minus. Obiecał przekazać swoją rzeźbę. No i Hen, „Bokser i śmierć”, pamiętam spotkanie. Szyba pękła. Wyglądają, jakby się z nią siłowali razem z Pieczką z planu filmowego „Austerii”.

Zapraszam cię na śniadanie obok.
W sali nie było dostępu do okien. Wieszak na płaszcze dźwigał popsutą czarną parasolkę. Druty zdawały się mówić o eksplozji przedmiotu z powodu olbrzymiego wewnętrznego napięcia. Natomiast materiał ułożył się na kształt zaciśniętej dłoni, studium Bourdelle’a do pomnika ofiar wojny. Dwie przeciwstawne sobie siły rozgrywały między sobą dramat tuż obok spokojnie wiszącego tałesu. Lejzorek Rosztwaniec musiał znów myśleć o prawdzie. Lejzorek nie mógł zostać sam ze sobą nawet w parszywym klozecie.

Lepiej nie znajdować tałesu, ale ten miał być wyrzucony, bo zużyty. Jak tałes może być zużyty? Pomieszczenie wypełnione nagromadzonymi przedmiotami Diogenesa. Kiedyś przypominało kawiarnię pod Wawelem, staruszek, dwóch sióstr. Naprzeciw w letnie dni przez otwarte okno kamienicy śpiewaczka operowa ćwiczyła swoje arie. Kobiety w cukierni obsługiwały klientów siedządzych przy meblach Thonet. W bufecie miały upieczone przez siebie ciasta. Tutaj mama Diogenesa podawała do stołu. Usiadłam naprzeciw manekina. Korpusu bez głowy i rąk. Wiele takich było w pracowni Bourdelle’a na Montparnassie, gdzie mieszkałam i pracowałam. Muzeum było za darmo. Mogłam tam siadać w kawiarni i obserwować z góry dzieła mistrza. Paryż był daleko stąd. Bliżej Dom Aktora z rekwizytami do sztuki Schulza. Okna przy rynku w Łańcucie. Krawcowa sukien ślubnych zbankrutowała. Zostawiła pomieszczenie puste, ale manekin w poszarzałej sukni i welonie patrzył od wielu lat na kwiaty posadzone w sztucznej dorożce niby hrabiego. Towarzystwo nagiego korpusu manekina szybko wydało mi się przyjazne. Obok ze sterty szmat wyłaniały się lunety z dalmierzami. Sprawiały wrażenie, jakbyśmy zasiedli do posiłku na linii frontu, na ziemi niczyjej, o którą stoczymy walkę. Przetworniki obrazu, powstałe do pokonywania ciemności, wyglądały na ślepe w świetle dnia. Pewnie w nocy byłabym tu jak figura fluorescencyjna. W Tychach „matki boskie” sióstr najlepiej świeciły pod wanną w zamkniętej łazience, a ja tu jak w centralnym miejscu kaplicy. Urządzenia w synagodze posiadały ręczną regulację wzmocnienia obrazu. Skierowałam je na wizerunki motyli z wietnamskich naczyń z laki. Skrzydła motyli odpadały w taki sposób, jak w rzeczywistości odbywa się to, kiedy człowiek dotknie łusek ich pyłu, maleńkich ekranów odbijających światło. Pomyślałam, że tu bliżej do rzeczywistości niż na ulicy. Rozmowa zahaczyła o szczeliny w deskach konia trojańskiego, o przenikanie światła i obrazu ze świata, który miał stać się naszym. Przesunęłam na stoliku hełm żołnierza, mógł być z każdej armii, by zrobić miejsce na kubek z herbatą. Wiesz, trwają prace nad integracją noktowizji z hełmami. Może już stworzono wirtualną rzeczywstość użyteczną na prawdziwym polu walki. Gdzie wroga poznaje się po guziku? Co, kiedy obydwie strony szyły mundury u tej samej krawcowej?

Diogenes przyniósł z sąsiedniego stołu swoje skarby. Czeski, metalowy traktorek, od którego zgubił kluczyk. Rozpylacz do lakieru lub wody, używany dawniej przez fryzjerów. Zajął się oczyszczaniem igłą wylotu na krople cieczy. Wlał do pojemnika trochę herbaty i zacząl rozpylać niczym przedwojenny fryzjer po zakończonej pracy. Pamiętasz kwestię Lewka, znajomego Lejzorka Rojtszwańca? Przypomnij. Tańcząc z rozpylaczem wokół manekina recytował: Precz z tą zatęchłą sobotą! Niech żyje, powiedzmy sobie, poniedziałek!

Mieszałam długo cukier wzięty z zardzewiałej puszki. Zachowała na sobie przedstawienie uśmiechniętej dziewczynki.

To miasto przypomina mi wielką kadź, gdzie jakaś bestia mieli zabrane ludziom pieniądze. Siedzi i mieli, i mieli. Czasem jej coś z kadzi wypadnie, zysk. Zysk jest, brać i uciekać. Nieważne na co, na jak długo. Teatr zawali się na głowę widzów czy zmiażdzy manekiny ustawione do grania na drugi dzień. Bestia czasem wstanie, nogi rozprostować i bum! Rozwali coś, do czego człowiek już przywykł, pokochał. Nie można do niczego się przywiązać, bo bum! W Kosmos. Pamiętasz Kosmos. Bum w kosmos… Ta ulica umiera, dom za domem. Powoli bum, bum. Myślałem, że zostanie małe lusterko, szybka. Ta tablica z drugiej strony ulicy. Czapnik. Ktoś ją chce odczepić, wygiął, ale ta się dobrze trzyma. Przez wygięcie zbiera w siebie kurz. Wychyl się, widzisz. Coś tam zostanie. Nie myję okien, bo nie chcę na to patrzeć. Dobrze, że gołębie rozmanażają się na ramach. Ich odchody chronią. Głos synagorlicy już słychać. Nie, to zwykłe gołębie. Żaden Salomon ani Pieśń nad Pieśniami.

Zobacz tu. Zamiast złotych amerykańskich monet w rogach parochetu guziki. Stare guziki z męskiego płaszcza. Oszustwo.

W Paryżu rozmawiałam z artystą o nazwisku Biel, jego rodzina pochodziła z Polski, o ucieraniu w makutrze różnych rzeczywistości dla tej jednej. Owszem, ktoś miażdży różne składniki. Wciera jedne w drugich. Jest przekonany, że znalazły swoje miejsce w jednolitej masie.
To tylko złudzenie.

.

.

.

Małgorzata Skałbania
malarka, poetka. Urodziła się w 1965 roku w Tychach. Studiowała malarstwo w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Pięknych w Gdańsku oraz na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie (dyplom u prof. Jerzego Nowosielskiego). Odbyła staż w De Christelijke Academie voor Beeldende Kunsten w Kampen. Zatrudniona jako plastyczka w lubelskim Teatrze Dramatycznym im. Osterwy, sprzeciwiała się niszczeniu książek, traktowanych jako materiał do scenografii w jednym ze spektakli. Swoje teksty publikuje w kraju i za granicą.