„Moja Pierwsza Nieśmiertelność. Seans”, spektakl teatralny Studia Wachowicz/ Fret

Wszystko w tym spektaklu otwiera we mnie szufladki egzystencjalne. Jakbym rozpoznawała od dawna obecne w moim życiu tematy. Spektakl nawiązuje do książki Milana Kundery – „Nieśmiertelność,” jednak znajdziemy w nim wiele innych odniesień artystycznych.

Życie jest w tym spektaklu od razu pęknięte, poszarpane, jak rajstopy głównej bohaterki, kalekie, o czym świadczy wózek inwalidzki. Poranione, jak jej bezwładne nogi. Właśnie zderzenie ułomności z witalnością, życia ze śmiercią, destrukcji z wiecznością, tworzy pewną mieszankę, na wskroś ambiwalentny splot martwego z żywym. Życie przedstawione w aspekcie biologicznym, życie z mięsa, z krwi i kości, sama materia życia składa się z detali, które porażają swoją martwotą, destrukcją. Detale życia są właśnie połamane, mechaniczne, bolesne, a jednak jakże delikatne, kruche tak, jak ciało głównej bohaterki spektaklu. To, co kryje się za kulisami życia, to działająca w nim nieustannie mechanika śmiertelności. Widzimy w tym spektaklu aparaturę, która sprawia, że nasze ludzkie życie podtrzymujemy, uwieczniamy, przedłużamy, opakowujemy w obrazy, dźwięki, słowa, które sprawiają, że nie musimy widzieć w nim tylko nagiego i śmiertelnego życia. Nagie życie nie zdarza się tylko przez nagość ciała, nagie życie nie zdarza się przez seks, zdarza się przez śmiertelność. A ludzka śmiertelność jest opakowana w nieśmiertelność. Jak to jest zniknąć bez śladu? Gdy patrzymy na pustą już scenę po spektaklu, znajduje się na nim masa porzuconych atrybutów życia. Życie pozostawia po sobie bałagan, ślady właśnie. To, że ktoś był, wiemy właśnie dzięki śladom.

Zaczynimy jednak od początku. Otworzę wraz z opowieścią o tym spektaklu też niektóre szufladki swojego życia. To nieuniknione, tak działa opowieść, ten teatr z krwi, mięsa i kości, gdy się mu poddać, z słów, które splatają życie i śmierć, bo nie można inaczej. Teatr, który otwiera rany i łamie kości.

Zacznijmy więc od początku, choć będzie to tylko interpretacja paru kluczowych scen spektaklu, gdyż jest ona gęsty w znaczenia, jakby tkany wielorako i wielokrotnie, z różnych motywów, jak warkocz, do którego pod koniec spektaklu porównuje swoje ciało główna bohaterka, warkocz utkany ze światła, z życia, które wchodzi i wycieka z ciała, z ciała kobiety, która przyjmuje i oddaje życie. Świtłoczuła, jak klisza fotograficzna rejestruje w sobie, na swoim ciele każdy gest, ślad życia. Światłoczułość zabija czułość, jak mówi główna bohaterka, rejestracja życia zabija przeżywanie życia. I to, co w życiu najbardziej żywe – właśnie czułość.

Ciało, które jest kalekie

W pierwszej scenie widoczna jest kobieta, drobna, krucha, obok wózek inwalidzki. Domyślamy się, że kobieta nie chodzi. Wkłada ona nogi do dziwnej aparatury przypominającej wyciąg w szpitalu. Za pomocą pętli i pilota wyciąg podnosi ją za nogi do góry, wisi ona głową w dół. Ciało tak wiszące wydaje się być bezwładne, jakby już martwe, mimo że żywe. Podwieszona bohaterka spektaklu opada na ziemię, widać rzutnik obok, butelkę wina na podłodze, jakieś meble, przewrócone drzwi do mieszkania leżące na podłodze, wannę w głębi sceny, która jest odgrodzona od publiczności, czymś w rodzaju półprzeźroczystego parawanu, w którym niektóre segmenty są otwarte, inne są zasłonięte i działają, jak przesłona migawki zawężając obraz, przez to że czujemy, że podglądamy scenę, ale nie dana jest nam w pełni, co zwiększa poczucie głębi. W wannie coś leży. Na posadzce koło wanny woda na posadzce. Domyślamy się, że zimna. Spektakl otwierają urywane, przejmujące dźwięki trąbki i dźwięki mechaniczny, cykliczny i suchy dźwięk migawki rzutnika, czy aparatu fotograficznego na samowyzwalaczu. Na stoliku radio. Mowa o wulkanie i ciałach, które ukryte w popiołach wulkanicznych dało się dzięki technologii i odlewom odtworzyć w chwili agonii. Każda agonia została, jak podaje prezenterka, odtworzona technologicznie. Wydaje się, że ta technika miała ona na celu zrekonstruować życie, a utrwaliła tylko chwilę śmierci, ostatnią chwilę z życia ludzi, których pochłonął wybuch wulkanu. Głos z radia jest podekscytowany, pełen zachwytu dla tych odlewów śmiertelnych ciał i dla możliwości technologii.

Przypomniałam sobie patrząc na nogi tej kobiety ze spektaklu, pewnego człowieka. Żył na blokowisku miasta, może nadal żyje. Wiele lat temu, gdy szukałam pracy oferował za opiekę mieszkanie. Był całkowicie sparaliżowany. Ulegał jakiemuś wypadkowi dawno temu. Od tego czasu potrzebował nieustannie pomocy, aby żyć. Przechodziła do niego z rana pielęgniarka i obok była też dziewczyna, która pomagała pielęgniarce, gdyż do porannej opieki potrzebne były dwie osoby. Miałam być jedną z nich więc byłam świadkiem poranku tego mężczyzny. Jego bezwładne całkowicie ciało na wyciągu poszybowało z łóżka do góry. Wisząc w powietrzu na wyciągu został sprawnie umyty, zaopatrzony w pampersy, podano mu leki i przebrano go. Jego bezbronne, bezwładne ciało było naznaczone wieloletnim kalectwem i nieczuciem. Ciało to było paradoksem, żywe, choć nieczujące, jakby umarło, jakby przeżyło wcześniej własną śmierć. Teraz mieszkam bardzo niedaleko od tamtego mieszkania. Tak chciał los. Mieliśmy razem mieszkać kiedyś, rozmawiać, mężczyzna ucieszył się, że jestem humanistką, chyba sam był. Miał koło łóżka tablet, na którym pisał. Nie wiem, co pisał. Nigdy się nie dowiem. Niedawno w tamtym mieszkaniu były otwarte drzwi, chyba remont, na sznurze wisiała pościel. Minęło tyle lat, od kiedy oglądałam ciało na wyciągu, ciało tego mężczyzny. Nie wiem, dlaczego poczułam żal. Nie wiem też, dlaczego na widok tych otwartych drzwi i poszewek na sznurze pomyślałam o jego śmierci.
W spektaklu pod koniec ostatniej sceny, gdy kobieta umiera, ktoś sprząta, czyści wózek inwalidzki, myje podłogę, wypuszcza wodę z wanny. To już niepotrzebne, trzeba zatrzeć ślady życia i jednocześnie ślady śmierci. Ten wózek przecież kimś pachniał, jakimś ciałem, był pełen potu, w włóknach tkaniny obszywającej wózek pozostał przecież jeszcze naskórek osoby, której już nie ma. Umyć, wyszorować, i życie i śmierć, żeby po nich nie było śladów.

Pomyślałam też o tym, że kiedyś w moim domu też było takie sprzątanie, bezradne sprzątanie, desperackie sprzątanie po śmierci, zacieranie jej śladów. Nie rozumiałam tego jeszcze wtedy. Byłam dzieckiem. Nie rozumiałam, dlaczego moja matka pierze uparcie z krwi ubrania swojego dziecka. Zatrzeć ślady. Uznać, że śmierć się nie wydarzyła. Wraz z nim zacieramy też ślady po życiu. Nie da się inaczej.

Wojna

I znów głos z radia mówi o amerykańskich naukowcach. O hodowli ludzi. Sztucznym zapłodnieniu. Bo są potrzebni ludzie na wojnę. Bo ten spektakl to też protest przeciw wojnie.

Przeciw masowemu wmawianiu ludziom, że jest idea ważniejsza od życia, idea za która warto umrzeć. Masowość śmierci za ideę podkreśla jej głupotę i mechanikę ludzkiego myślenia. Wygrał Platon i jego świat wiecznych idei. Przegrało życie. Bo życie zawsze przegrywa w świecie, gdzie wszystko inne z ludzkiego świata ma więcej wartości niż ludzkie życie Kobieta na scenie tnie kurze łapki. Kurze łapki dotykają na wideo jej ciała, które głośno oddycha. Masowa śmierć biednych kur, biednych ludzi w klatkach ideologii, za którą umierają. Hodowla mięsa. Mięsa na jedzenie i na armaty. Na koniec widzimy też pułapki na myszy, do których przyczepione są zdjęcia. Zdjęcia z życia, bo zdjęcie jest pułapką uwiecznienia, które zabija.

Po wojnie, jak mówi kobieta na scenie, papież ogłosił po śmierci tysięcy kobiet i dzieci w trakcie wojny – dogmat o wniebowstąpieniu Maryi Matki Bożej, Od tego czasu, kto tylko uwierzy, ma się odrodzić po śmierci w swoim własnym ciele. Nie tylko duchowo więc mielibyśmy być nieśmiertelni, ale też cieleśnie. Mięso i krew i wniebowstąpienie – trzy słowa, które rzutnik wyświetlił na początku spektaklu wracają wraz z bezwładnym obrazem wiszącego ciała, które jest kalekie. Czy ciało kalekie też zmartwychwstanie i tak samo jak za życia będzie bolało? Może nawet ból jest nieśmiertelny, może nawet wojna i tysiące kobiet, które na niej zabito, będą pamiętać ten świat, jako własne piekło. Ludzkie piekło, czy jest straszniejsze, niż piekło Boga?

Fotografia – nieśmiertelność śmierci

Już Roland Barthes pisał o paradoksie fotografii opisując zdjęcie swojej matki z dzieciństwa. Uwiecznienie przez fotografię ma wszelkie znamiona śmierci. Z tego powodu, że jest przywołaniem wieczności, w której brak życia. Wycinamy z życia jakiś jego fragment, aby go utrwalić i odcinamy go od kontekstu życia, od jego przeżywania, które nieustannie się zmienia. Tylko w wieczności nic się już nie zmieni. Bo nic nie umrze i nie będzie żyło. Życie to ruch. Obraz jest martwy. Uwiecznić to zabić. Bycie wiecznym nie zna twarzy, jak mówi kobieta w spektaklu, gdyż po śmierci każdy wymyśla siebie od początku. Nie da się przeliczyć wszystkich twarzy sfotografowanych, obraz nie zastąpi słów, tak jak to sobie wyobraża kobieta rozmawiająca z mężczyzną przy kominku na wideo, którego projekcja trwa na scenie na drugim planie. Nie da się utrwalić spojrzenia człowieka tuż przed śmiercią, spojrzenia śmierci, jak wydaje się to głównej bohaterce spektaklu. Czasem to ona jest takim dnem oka, na którym zapisuje się ostatnie spojrzenie drugiego człowieka. Bo chce być takim dnem oka. Chce być przecież, jak potem mówi, soczewką aparatu, która nie patrzy, aby się zachwycać, nie patrzy, aby kochać, patrzy, aby rejestrować, dlatego aparat fotograficzny zabija czułość patrzenia.

W końcowej scenie główna bohaterka spektaklu mówi, że zrobiła wszystkie zdjęcia świata, dla Boga, aby patrzył. Tylko Bóg chce zarejestrować wszystko. Jest dnem nieśmiertelnego oka, przez które widać wszystko i przed którym nie ukryje się nawet najbłahszy szczegół. Taki na przykład, że kobieta tańczy nocą na szosie. Druga kobieta widzi ją jadąc samochodem. Potem w swoim śnie rozpoznaje, że jest ona i tą kobietą, która stoi na szosie i tą, która może ją zabić jadąc samochodem. Gdyż nie ma różnicy między życiem a życiem, między byciem widzianym a widzeniem. Tylko Bóg o tym wie.

I dlatego bohaterka spektaklu wykleja pustymi kartkami nieistniejących zdjęć drzwi, wywołuje ciemność, wywołuje pustkę, fotografuje nic. Może, aby też Bóg ją widział, aby też patrzył na to nic, na ten brak twarzy ludzkiej, kiedy to każdy może siebie jeszcze stworzyć, bo w wieczności nie ma twarzy, nie ma po nas śladu. Dlatego może po śmierci jesteśmy niczym, czystym światłem schwytanym przez kliszę, bo nawet śmierć jest plagiatem, kliszą, jak słyszymy w pewnej chwili w trakcie przedstawienia.

Początek – koniec

Spowita w całun pyłu wulkanicznego, pyłu śmierci, popiołu własnego ciała, bo pyłem jesteś, główna bohaterka na koniec naga kuli się w pozycji embrionalnej na podłodze. Jest tak malutka i drobna jak dziecko w łonie matki. Podchodzi do niej mężczyzna. Ogromny, silny człowiek otula swoim ciałem i z czułością wynosi na rękach to małe, zwinięte bezbronnie ludzkie ciało. Wynosi do innego świata, w inny wymiar. Nie wiemy tak naprawdę gdzie, bo znika z pola widzenia. Śmierć jest pustą kliszą. Telewizorem, który nie ma obrazu, ale nadal jest tli się jego ekran. Jak widzimy na scenie. Może być na tym ekranie wszystko, nie wiemy, jednak co, bo ekran jest zepsuty, nic nie wyświetla. Nie ma zdjęcia ciemności, nie ma zdjęcia niczego. Może tym jest nieśmiertelność, że musimy się w niej narodzić, tak jak mówi kobieta na scenie: ja rodzę światło. Bo na początku było ciało, jak mówi. Ciało zostało już stworzone. Może naszą nieśmiertelnością jest pusta, biała kartka, samo miejsce na nas, gdyż w gruncie rzeczy jesteśmy nieprzedstawialni.

Czy takie jest przesłanie tego spektaklu? Być może, ale na pewno nie jedyne. Jest on tak wielowątkowo spleciony, że wiele motywów przywołanych na scenie pojawia się i znika, aby dopełnić się w innej scenie. Jest to plecionka tematów i znaczeń, którą nie da się da się łatwo rozwikłać. Zarysowane przeze mnie tematy są wprawdzie wiodące w tej sztuce teatralnej, jednak nie są jedyne i nie jest to wyczerpująca interpretacja. Spektakl przemawia na różnych poziomach znaczeń i myślę, że można go rozumieć ciągle na nowo, przyjmując za punkt wyjścia różne sceny i różne perspektywy.

.

.

.

Monika Bakalarz
Autorka prac o Witkacym, Bruno Schulzu i wielu innych, egzystencjalistka mimowolnie, dr filozofii, w którymś życiu. Po całkiem udanej emigracji w góry mieszka okazjonalnie we Wrocławiu. Odnalazła się w pracy nauczyciela i w pracy z danymi w Excelu. Najbardziej jednak odnajduje się w muzyce i literaturze. Niezmiennie kocia mama Fridy. Lubi dzikie, przyrodę, zielone i kraczące, lubi milczeć. Słabo się integruje, ale bywa w społeczeństwie. Gdy trzeba dokładna i skrupulatna, gdy nie trzeba wytwarza samoczynnie chaos.