Pod koniec trzeciego roku studiów szukałam pracy. Pracy jakiejkolwiek, byleby zarobić na dalsze studia. W kraju pracy było mało, dla studentów również. Dla milczących i zamyślonych studentek kulturoznawstwa szczególnie. Byłam wtedy nieszczęśliwie zakochana, paliłam mosty do siebie, chciałam siebie zanegować, zawiesić, unicestwić to, kim byłam. Nie byłam tego w pełni świadoma, ale takie były moje działania i myśli – dominowała w nich negacja.

I wtedy pojawił się sposób dla mnie na wyjście poza siebie. Wyjście paradoksalne, ale człowiek jest istotą paradoksalną. Wyszłam z własnej skóry, stając się jedynie powierzchnią własnego ciała. Cały mój byt wewnętrzny zredukowałam do minimum, do powierzchni własnej skóry.

Gdy znajoma powiedziała, że jest praca na ASP w charakterze modelki, wiedziałam, że jest to ostatnia praca, której chcę, i jedyna praca, która mi umożliwi całkowitą negację siebie, odrzucenie tego, kim byłam, i wyjście poza siebie. Zgodziłam się. Byłam przez pół roku modelką na Akademii Sztuk Pięknych w dużym, portowym mieście nad morzem i w prywatnych pracowniach malarek i malarzy.

Drobna wtedy, jasnowłosa, o delikatnych rysach twarzy, młodziutka – na modelkę nadawałam się bardzo dobrze. Na ASP przyjęli mnie od razu. Nie płacili dużo za tę pracę, ale czego oczekiwać od pracy, gdzie się siedzi jedynie półnago, nie jest się prezesem, programistą, nauczycielem, sekretarką, sprzedawczynią, czy nawet kelnerką? Nie robi się nic poza użyczaniem własnej nagości w szlachetnych celach sztuk pięknych, nic pożytecznego i nic co by człowiek się nauczył, dzięki własnym talentom. Nic tylko się siedzi, stoi, gapi nie wiadomo gdzie i myśli nie wiadomo, o czym, gdy inni ludzie rysują, szkicują, uczą się pilnie swojej sztuki.

Nagość była moim jedynym atutem, nie, nie moim, ale naturalnym, danym mi wraz z chwilą urodzenia. Nic poza nią w tej pracy się nie liczyło. Zredukowałam się do własnego ciała, do samej anatomii i samej powierzchni własnej skóry. To jej linie rysowali przyszli malarze i architekci, ćwicząc się w portretowaniu żywego przedmiotu. Bo stałam się z podmiotu – przedmiotem. I poczułam to od razu, w pierwszej godzinie mojej pracy.

Pierwsza sesja była na Wydziale Architektury. Na lekcji byli sami przyszli architekci. Byłam bardzo wystraszona, byłam przerażona. Próbowałam ten lęk oddzielić od siebie. Powoli nadeszła dysocjacja i mogłam oddzielić się powoli od siebie. Ale zanim to nastąpiło z wielką uprzejmością poproszono mnie, aby rozebrała się do majtek. Drżały mi ręce, posłusznie zdjęłam ubranie i przeszłam przez cała salę pełną młodych ludzi przy sztalugach i szkicownikach, który z ciekawością patrzyli na mnie.

Przeszłam zakrywając rękami moje małe piersi i idąc skulona w sobie, prawie się trzęsłam, ale tak wewnętrznie, jakby odarto mnie ze skóry, zabrano mi tarczę. Byłam bezbronnym wojownikiem pozbawionym zbroi i tarczy, jedynej ochrony, którą ma człowiek, aby nie czuł się bezbronnym wśród innych ludzi – swojego ubrania. I tak czując, jakby pozbawiono mnie skóry, jakby zostało nagle tylko moje wnętrze – kości, mięśnie, żyły, organy wewnętrzne, cała moja wewnętrzna nagość, bo nagość możesz czuć i w środku i na zewnątrz, zasiadłam na wyznaczonym miejscu. Na pewnym małym podwyższeniu, aby było mnie widać. Wszyscy byli bardzo uprzejmi dla mnie i uśmiechali się życzliwie, a ja przeżywałam swój wewnętrzny horror.

Na początku poczułam, jak zalała mnie silna fala strachu i wstydu. Pomyślałam, że zemdleję, uderzenie gorąca do głowy i zimno na skórze. Pomyślałam wtedy jedynie, żeby nie zemdleć, to będzie straszny obciach, byle nie zemdleć.

Skupiłam się na oddechu, wdech i wydech. Regularnie. Wdech i wydech. Powoli ciało zaczęło się uspokajać, a ja odłączać od siebie. W pewnej chwili poczułam, że najlepszym sposobem jest nie patrzeć na ludzi, tylko wybrać punkt w przestrzeni i na nim się skoncentrować. Tak też zrobiłam. Oddychałam patrząc w jeden punkt, a rzeczywistość powoli wokół mnie przestała mnie przerażać. Nie czułam już siebie też tak wyraźnie i nie miałam poczucia nagiej skóry, do której siebie zredukowałam.

Siedziałam, wdech i wydech, wdech i wydech. Wróciłam do tu i teraz, ale w sposób, który sprawiał, że mogłam być. Mogłam odłączyć się od własnego ciała, bo gdzieś w głębi swojego umysłu znalazłam schronienie. Tu i teraz, mój umysł stał się wolny, jestem w mojej głowie, tu i teraz, wdech i wydech i jeszcze raz, wdech i wydech, tu i teraz.

Czas biegł powoli, ale nie doświadczałam go, byłam w jakimś wymiarze poza nim, choć dokładnie w jego środku, w teraz. Byłam też w tym miejscu, duże okna pracowni wyglądały na ogromne drzewa, a ja przez nie patrzyłam na świeżą zieleń.

Obok młodzi ludzie tacy jak ja szeptali do siebie, słyszałam szum ołówków biegnących po kartonach. Wykładowca chodził między studentami, patrzył raz na mnie, raz na szkic i znowu na mnie i na szkic, poprawiał, radził, uczył. Ja byłam tu, w swoim ciele i byłam w spojrzeniu, które na mnie patrzy, ale nie było mnie jednocześnie.

Byłam głową oderwaną od miejsca, czasu i okoliczności. Jakby ktoś umieścił ten żywy przedmiot, który był mną, abym siebie obserwowała oczami innych i jednocześnie mogła obserwować to, co przez tych ludzi obserwowane, a co było mną tylko w jakimś przygodnym, niepojętym sensie. Wtedy odłączyłam się od swojej fizycznej tożsamości, aby w tej dysocjacji pozostać do chwili, gdy znowu założyłam ubranie, gdy założyłam moją zbroję i tarczę i mogłam być człowiekiem pośród ludzi, bo mój ubiór, a nie nagość czynił mnie na powrót istotą społeczną, istotą kulturową, istotą ludzką.

Potem była przerwa, w trakcie przerwy wyszłam na schody i paliłam jak inni studenci, ale patrzyli na mnie z dystansem, a ja na nich. Jakbyśmy wszyscy chcieli zapomnieć o tej chwili, gdy byłam naga, gdy oni mnie widzieli i gdy ja wiedziałam, że mnie widzą. W ubraniu byłam jedną z nich, byłam sobą, bez niego byłam wyróżniona i byłam zredukowana i zdeprecjonowana jednocześnie jako człowiek.

Sesja trwała przez parę godzin. Byłam już zmęczona, powoli zmęczenie zaczynało przeważać nad wstydem. W pewnym momencie byłam już tylko zmęczona. Pod koniec dnia zerkałam na swoje portrety namalowane na kartonach, na sztalugach. Tak, myślałam, to ja niewątpliwie, naga kobieta, ta kobieta, to ciało – to ja i nie czułam żadnego przy tym związku z tym obrazem siebie.

Miałam swój obraz siebie w głowie, w moim umyśle, to byłam ja. Nie ta, która siebie widzi, ale ta, przez którą świat i inni ludzie stają się widoczni, to byłam prawdziwa ja. Tylko że tam, w tej roli modela, ta ja prawdziwa nikogo nie obchodziłam.

Po pracy na Wydziale Architektury przeniosłam się na sesje Wydziału Malarstwa. Podobno to było wyróżnienie. Od ósmej rano do 16 miałam z przerwami siedzieć na krześle, oparcie krzesła między nogami, dłonie na oparciu. Kierownik pracowni, po tym, gdy się spóźniłam 10 min. na sesję poranną był wściekły, wycedził: wszyscy już na panią czekamy. Ustawił mnie do sesji jak lalkę na krześle i siedziałam tam z przerwami przez te osiem godzin, aby studenci malarstwa mogli ćwiczyć się we wprawnym wyczuwaniu kształtu tego żywego przedmiotu – ciała ludzkiego.

Z całego dnia zapamiętałam tylko jedno – jeden ze studentów naszkicował mnie z wyjątkową fantazją. Na jego szkicu była smukła, piękna kobieta o ciemnych włosach, zza których wychodziły cienkie, zakończone spiczasto uszy elfa. Byłam w jego oczach elfem! Patrzyłam i uśmiechałam się do szkicu tak, aby nikt nie zauważył. Pierwszy raz poczułam sympatię do swojego obrazu. Nie pamiętam teraz już twarzy tego chłopaka, który namalował mnie jako elfa i nie wiem, czy zamieniłam z nim choć zdanie, ale nadal mu jestem wdzięczna za ten obraz, którym zobaczył poprzez moje ciało – duszę elfa, tę małą, wystraszoną pośród ludzi duszę z innego świata.

Do pracowni przychodzili też malarze i nauczyciele rysunku w poszukiwaniu modeli. W ten sposób dostałam się do pracowni jednego z malarzy, który malował z dokładnością realizmu 1:1 swoje postaci. Na ścianach wisiały jego obrazy namalowane ze zdumiewającą precyzją. Uczył swoją dziewczynę do egzaminów na ASP. Zaprzyjaźniłam się z tą parą w pewnych granicach mojej pracy. Zaczęłam robić własne grafiki w Photoshopie. Wtedy to była jeszcze nowość, komputery nie były tak popularne. Ta praca, własna praca nad obrazem, pozwalała mi odzyskać poczucie siebie. Nie traciłam kontaktu z obrazami, ale nauczyłam się je sama tworzyć.

Ostatnia moja sesja odbywała się u profesora architektury, który uczył w swojej pracowni uczniów do egzaminu na ASP. Profesor ustawił mnie do sesji bardzo delikatnie, jakbym była ze szkła. Lekkie muśnięcie po nodze, delikatne ustawienie głowy, potem rąk. Ustawiał mnie do tej sesji prawie z czułością.

Jednak ustawienie było wyjątkowo trudne. Głowa odchylona lekko na bok, skręt kręgosłupa. Pod ośmiu godzinach sesji czułam już tylko przeszywający ból w kręgosłupie, ból tak potworny, jakbym miała rozpalony pręt w ciele zamiast kręgosłupa. Wszyscy na sali chyba to rozumieli, pozwalali mi delikatnie zmieniać pozycję, robić przerwy częściej. Nauczyłam się przenosić uwagę z jednej części ciała na drugą, rozluźniać napięcie w różnych partiach ciała. Wdech i wydech, patrzenie w punkt, mimo bólu, zaciekła koncentracja. Wytrzymałam. Nauczyciel musiał pomóc mi wstać na koniec sesji. Delikatne muśnięcie po ramieniu, pełne współczucia. Koniec.

Ubrana wyszłam wolna. Wolna. Nigdy później już nie pracowałam jako model. Spotkałam tego nauczyciela na korytarzu ASP. Poznał mnie, powiedziałam, że zrezygnowałam z pracy, chcę się skupić na studiach. Powiedziałam, co studiuję, bo pytał. Podniósł nieznacznie brwi, zaskoczony, powiedział, że szkoda, że już nie będę pracowała, podobnie studenci, żałowali, że odchodzę.

Zeszłam z dużych schodów uczelni. Ubrana, w mojej tarczy i zbroi czułam się znowu niezwyciężona. Odzyskałam ciało, które odebrały mi obce spojrzenia, odzyskałam siebie. Ubraną siebie. Byłam człowiekiem, znowu byłam jedynie człowiekiem pośród ludzi. Już nie żywym przedmiotem, już nie obrazem. Byłam już jedynie człowiekiem.

Teraz, po tym doświadczeniu, mam inną postawę wobec nagości. Nie lubię chodzić rozebrana. Mój mężczyzna śmiał się kiedyś ze mnie: a co ty się tak wstydzisz swojego ciała, nie masz powodu. Siedział nagi, bo lubił chodzić nago, a ja obok w szlafroku. Uważał, że może mam jakieś blokady, kompleksy. On czuł się wolny, gdy był rozebrany, ja odwrotnie. Nie rozumiał, a ja nie umiałam dotrzeć do sedna, aby mu to wytłumaczyć. Potem już nie było po co tego tłumaczyć.

Nadal to jednak istnieje we mnie. Ta niechęć do nagości. Po kąpieli szybko ubieram piżamy. Latem muszę mieć cokolwiek na sobie. Niektórzy chodzą rozebrani w swoich czterech ścianach. Ja nigdy.
Ta rysa pozostaje, rysa negacji siebie, rysa uprzedmiotowienia. I może już nigdy nagość nie będzie dla mnie niewinna. Może zawsze będzie w niej dla mnie rodzaj czegoś zakazanego, czegoś jak tabu.I będę się czuła wolna jedynie dzięki temu, że będę ubrana, i tylko tak będę czuła się człowiekiem. Może taka rysa pozostaje na zawsze.

.

.

Monika Bakalarz
doktor nauk humanistycznych, autorka artykułów naukowych, esejów oraz opowiadań. Ukrywa w cichej szufladzie setki słów niewypowiedzianych na głos. Na co dzień nauczyciel, wieczorami czytelnik, gdy świętuje – pisze. Mieszka w Sudetach.