Fantastyka bez większego wysiłku każe nam uwierzyć w bimbrowników podróżujących w czasie, anioły prowadzące księgowość końca świata, bogów mieszkających w opuszczonych fabrykach, oceany posiadające świadomość i potwory bardziej ludzkie od ludzi. Trudniej przychodzi jej jednak wyobrażenie sobie czegoś znacznie bardziej nieprawdopodobnego: przyszłości, która byłaby lepsza od teraźniejszości.
Najpopularniejsze nurty fantastyki ostatnich dekad to dystopie, postapokalipsy, cyberpunk, grimdark fantasy, zombie apokalipsy, katastrofy klimatyczne, kosmiczne horrory, myślące pająki i ośmiornice oraz wszelkie inne odmiany literackiego nieszczęścia. Jeśli coś może pójść źle, pójdzie źle. Jeśli może pójść jeszcze gorzej, prawdopodobnie dostanie własną sagę. Bohaterowie nie zmieniają tam świata na lepsze. Najczęściej próbują jedynie przetrwać. Ich zwycięstwa są tymczasowe, a historia prowadzi najczęściej do kolejnych kryzysów. Fantastyka przestała pytać: jak mogłoby wyglądać dobre społeczeństwo? Zaczęła pytać: jak przetrwać w złym?
To interesująca zmiana, bo przecież przez większą część swojej historii literatura fantastyczna nie była wyłącznie literaturą katastrofy. Była przede wszystkim literaturą pogranicza. Opowiadała o spotkaniu różnych światów: natury i cywilizacji, magii i technologii, człowieka i tego, co nieludzkie. Konflikt stanowił jej siłę napędową, ale nie zawsze prowadził do zagłady.
Dobrym przykładem jest „Wiedźmin” Andrzeja Sapkowskiego. To historia świata schyłku. Geralt nie żyje w epoce narodzin nowych możliwości, lecz w czasach końca. Potwory znikają, magia słabnie, a dawne tajemnice ustępują miejsca polityce, ekonomii i ekspansji człowieka. W tym świecie nie ma prostego podziału na dobro i zło. Potwory nie są wyłącznie zagrożeniem. Reprezentują również dzikość, odmienność i różnorodność. Ich wymieranie przypomina proces, który obserwujemy także poza literaturą: zanik tego, co nie pasuje do dominującego porządku. W tym sensie „Wiedźmin” opowiada o cenie triumfu człowieka nad chaosem. Geralt sam jest zresztą postacią graniczną. Nie należy ani do zwykłych ludzi, ani do świata potworów. Stoi pomiędzy.
Podobny motyw odnajdziemy w „Kłamcy” Jakuba Ćwieka. Pogranicze przebiega tam między współczesnością a mitologią. Loki porusza się po świecie ludzi, ale należy do rzeczywistości bogów. Konflikt nie polega na unicestwieniu jednej ze stron, lecz na ich nieustannym przenikaniu się.
W „Ubiku” Philipa K. Dicka bohaterowie nie wiedzą, czy żyją, umarli, śnią, czy istnieją we wspomnieniu kogoś innego. Nawet puszka sprayu może okazać się bardziej realna od człowieka. Konflikt przebiega między różnymi poziomami rzeczywistości i postrzegania.
Z kolei w „Panu Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza wysoko rozwinięta technologia spotyka się z rzeczywistością przypominającą magię. Bohater znajduje się pomiędzy naukowym i mitycznym sposobem rozumienia świata. Konflikt nie jest tu prostą walką dobra ze złem, lecz starciem różnych porządków rzeczywistości.
Jeszcze dalej idzie Stanisław Lem. W „Solaris” nie ma wojny o przetrwanie ani walki dobra ze złem. Konflikt przebiega między człowiekiem a czymś tak obcym, że nie sposób tego zrozumieć. Myślący ocean nie chce podbić ludzkości ani jej zniszczyć. Po prostu istnieje poza ludzkimi kategoriami.
Współczesna fantastyka coraz częściej rozstrzyga ten konflikt na korzyść pesymizmu. Jeśli pojawia się technologia, prowadzi do kontroli i nierówności. Jeśli dochodzi do kryzysu klimatycznego, kończy się on upadkiem cywilizacji. Jeśli bohaterowie próbują zmienić świat, zwykle okazuje się to niemożliwe.
Taki pesymizm bywa intelektualnie atrakcyjny. Łatwo uwierzyć, że jest bardziej dojrzały od nadziei. Łatwo też wskazać powody jego popularności. Wojny, kryzysy polityczne, katastrofy ekologiczne i społeczne napięcia sprawiają, że wizje końca świata wydają się wiarygodne. Dystopia stała się językiem naszych lęków.
Słabością współczesnej fantastyki jest jednak to, że wciąż śni cudze koszmary. Jej przyszłość bywa zaskakująco staromodna. Nadal boimy się tych samych rzeczy, których bali się autorzy pół wieku temu: wielkiego brata, wojny nuklearnej, wszechmocnych korporacji i maszyn przejmujących władzę nad człowiekiem. Różnica polega głównie na tym, że zamiast terminali mamy smartfony, a zamiast telewizorów sztuczną inteligencję. Fantastyka powierzchownie aktualizuje swoje lęki, ale czy aktualizuje również swoje nadzieje?
Czy ludzka natura naprawdę jest niemożliwa do kształtowania? Wiele współczesnych dystopii zdaje się zakładać, że tak. Niezależnie od ustroju, poziomu technologii czy dobrobytu człowiek pozostaje w nich egoistyczny, brutalny i żądny władzy. Każda próba stworzenia lepszego społeczeństwa kończy się więc tyranią, korupcją albo katastrofą. To przekonanie wydaje się realistyczne, ale warto pamiętać, że samo jest pewnym założeniem, a nie niepodważalnym faktem. Historia pokazuje przecież, że ludzkie zachowania zmieniały się wraz z instytucjami, kulturą i warunkami życia. Być może największym ograniczeniem współczesnej fantastyki nie jest brak wyobraźni technologicznej, lecz niechęć do wyobrażenia sobie, że zmianie może podlegać również sam człowiek.
W kontrze do tych założeń stoi stosunkowo młody nurt nazywany solarpunkiem. Nie jest on tak popularny jak cyberpunk, ale proponuje wizję przyszłości, która nie opiera się na katastrofie. Nie oznacza to naiwności. Solarpunk nie udaje, że kryzysy nie istnieją. Zakłada raczej, że ludzie mogą sobie z nimi poradzić. To zasadnicza różnica. W dystopii technologia jest często narzędziem dominacji. W solarpunku staje się narzędziem współpracy.
Solarpunk nie doczekał się jeszcze własnego „Wiedźmina” ani „Neuromancera”. Nie oznacza to jednak, że nurt ten pozostaje bez ważnych dzieł. Za jedną z najgłośniejszych powieści uznaje się „Ministerstwo dla przyszłości” Kima Stanleya Robinsona, opowieść o walce z kryzysem klimatycznym prowadzonej nie przez samotnych bohaterów, lecz przez instytucje, naukowców i społeczeństwa. Z kolei „A Psalm for the Wild-Built” Becky Chambers przedstawia świat, w którym ludzie nauczyli się żyć w równowadze z naturą, a głównym problemem nie jest przetrwanie, lecz poszukiwanie sensu.
Dystopia oferuje prosty konflikt: jest wróg, jest zagrożenie i jest walka o przetrwanie. W solarpunku przeciwnikiem okazuje się często ludzka krótkowzroczność, społeczna bierność albo własne zwątpienie. To konflikty bardziej realistyczne, ale też znacznie trudniejsze do zamiany w porywającą opowieść. Dystopia jest dramaturgicznie łatwiejsza, bo bohater ma konkretnego przeciwnika: tyrana, korporację, katastrofę czy potwora. W solarpunku konflikt jest kreowany bardziej subtelnie: bohater mierzy się ze zwątpieniem, egoizmem i odziedziczonym po starym świecie przekonaniem, że współpraca i zmiana na lepsze są niemożliwe.
Bolączką współczesnej fantastyki jest nadmiar katastrof i niedobór marzeń. Łatwo wyobrazić sobie świat w ruinie. Trudniej stworzyć świat, który byłby jednocześnie lepszy od naszego i wiarygodny. Łatwo opisać upadek cywilizacji. Znacznie trudniej wyobrazić sobie jej odnowę.
Dlatego właśnie solarpunk, mimo wszystkich swoich ograniczeń, wydaje się tak interesujący. Przypomina, że literatura nie musi jedynie ostrzegać i opisywać. Może także proponować. Może pełnić funkcję laboratorium przyszłości, a nie wyłącznie kroniki nadchodzącej katastrofy.
Kiedy myślę o „Wiedźminie”, widzę świat, w którym umierają ostatnie smoki. Kiedy myślę o solarpunku, widzę pierwsze ogrody zakładane na ruinach starego porządku. Pomiędzy tymi obrazami rozciąga się cała współczesna fantastyka, rozdarta między schyłkiem a nadzieją. I być może właśnie od odpowiedzi na pytanie, po której stronie tego sporu stanie, zależy jej przyszłość.
.
.
.
Robert Traczyk
dramaturg, reżyser, autor. Absolwent Akademii Sztuk Teatralnych we Wrocławiu i Politechniki Wrocławskiej. Tworzy spektakle teatralne i parateatralne. Pisze dramaty, opowiadania, scenariusze i od niedawna poezje. Laureat licznych nagród teatralnych i literackich!