Emocja cicha, ale bezwzględna. Stoi i patrzy, determinując przy tym nasze zachowania. Pomimo że nie stawia przed nami fizycznych barier, sprawia, że czujemy się głupio. Uczucie z pozoru niewinne, a jednak skutecznie kontrolujące.

Literatura zna go na pamięć. U Fiodora Dostojewskiego bohaterowie nie tyle boją się kary, co kompromitacji. Raskolnikow nie rozpada się dlatego, że grozi mu więzienie, ale dlatego, że nie jest w stanie unieść własnego obrazu w cudzych oczach. U Franza Kafki ten mechanizm jest już czysty i bezlitosny. Bohater nie wie, kto go osądza, za co i według jakich reguł, ale zachowuje się tak, jakby wyrok zapadł od dawna. W „Procesie” wstyd nie jest reakcją na karę, ale jej zapowiedzią i uzasadnieniem.

Witold Gombrowicz rozbraja wstyd, pokazując go jako narzędzie Formy. Człowiek nie jest ujarzmiany przemocą, tylko oczekiwaniem, że „tak się robi”, „tak wypada”, „tak wygląda dorosłość”. Wstyd trzyma ludzi w ryzach skuteczniej niż regulamin, bo nikt nie chce wypaść z gry, nawet jeśli jej reguły są absurdalne.

W XVI wieku w Hiszpanii Tomás de Torquemada, wielki inkwizytor, rzadko musiał osobiście nadzorować tortury. System działał wcześniej. Auto-da-fé w Sewilli czy Toledo było publicznym widowiskiem, na które przychodzono całymi rodzinami. Skazani nosili sanbenito, czyli stroje hańby. Ich nazwiska zapisywano w kościołach na lata. Kara nie kończyła się na jednej osobie. Wstyd dziedziczyła rodzina. To wystarczało, by reszta społeczeństwa pilnowała się sama.

Podczas procesów moskiewskich w latach 1936–1938 dawni bolszewiccy przywódcy, jak Nikołaj Bucharin, publicznie przyznawali się do absurdalnych zdrad. Wiedzieli, że wyrok zapadł wcześniej. Odmowa oznaczała nie tylko śmierć, lecz także hańbę potomnych, wymazanie z historii i represje wobec rodziny.

W czasie rewolucji kulturalnej w Chinach nauczyciele, lekarze i intelektualiści, jak profesor Zhang Zhixin, byli publicznie upokarzani podczas „sesji krytyki”. Zmuszano ich do noszenia tabliczek z zarzutami, klęczenia przed tłumem i samokrytyki. Celem nie było przekonanie, lecz złamanie.

W purytańskiej Nowej Anglii w XVII wieku Anne Hutchinson została publicznie potępiona i wykluczona ze wspólnoty nie za przestępstwo, lecz za „niewłaściwe poglądy”. Jej proces w 1637 roku był widowiskiem, przesłuchania odbywały się publicznie. Wyrok oznaczał banicję, ale wcześniej następowała społeczna degradacja. W purytańskim porządku bycie widzianym jako grzesznik było karą samą w sobie. Pręgierze, dyby i publiczne napisy z opisem winy nie izolowały jednostki, przeciwnie, wystawiały ją na nieustanne spojrzenie wspólnoty, które skutecznie zastępowało strażnika i więzienne mury.

Kiedyś koledzy, nauczyciele i rodzice powtarzali nam, żeby się „wylogować”, jakby prawdziwe życie zaczynało się dopiero poza ekranem, dziś jednak trudno utrzymywać tę iluzję, skoro to właśnie na platformach cyfrowych rozgrywa się znaczna część naszych sporów, relacji i reputacji, a wydarzenia online mają bezpośrednie skutki offline. Kiedy Mark Fisher pisał o „zamku wampirów”, nie bronił reakcyjnych poglądów ani nie kwestionował potrzeby stawiania granic wobec przemocy czy ideologii nienawiści, opisywał raczej mechanizm, dziś szczególnie widoczny w przestrzeni mediów społecznościowych, gdzie energia polityczna bywa zastępowana moralnym polowaniem na potknięcia, a zawstydzanie staje się walutą szybszą niż argument.

Platformy moderują treści i usuwają skrajności, jednak równocześnie wytwarzają kulturę permanentnej obserwacji, w której symboliczne demaskowanie win często zastępuje realny spór, a konflikt kończy się rytuałem skruchy zamiast zmiany. W tej logice wstyd działa jak cyfrowy panoptykon, nikt nie musi formalnie karać, wystarczy świadomość patrzącego tłumu, by użytkownicy sami internalizowali granice i pilnowali własnej widzialności, co prowadzi do paradoksu, w którym narzędzia mające chronić przed przemocą symboliczną mogą jednocześnie reprodukować mechanizmy dyscypliny oparte na moralnej czystości i spektaklu wzajemnego osądzania.

Wstyd działa jednak najskuteczniej nie w podręcznikach historii, lecz w codziennych drobiazgach. Głupio nie oddzwonić. Głupio odmówić. Głupio wyjść wcześniej. Głupio nie kupić. Głupio nie poprzeć. Głupio nie udostępnić. Głupio. Głupio. Głupio. Nikt nie grozi karą, nikt niczego formalnie nie wymusza, a mimo to robimy to, czego się od nas oczekuje. Rozumieją to wielcy hegemonowie świata. Opierają się nie tylko na realnym przymusie, ale także na zawstydzaniu. Nie trzeba pilnować każdego. Wystarczy wpoić mu, że czegoś nie wypada. Wstyd jest tańszy niż strażnik i skuteczniejszy niż kraty. Bardzo dobrze opisał to Michel Foucault, opisując ideę panoptykonu. W modelowym więzieniu strażnik nie musi patrzeć cały czas, wystarczy możliwość bycia obserwowanym. Więzień nigdy nie ma pewności, czy ktoś właśnie na niego patrzy, więc zachowuje się tak, jakby był obserwowany nieustannie. Kontrola zostaje zinternalizowana.

Wstyd działa identycznie. Nie potrzebuje realnego oka władzy ani palca Boga wycelowanego w twarz. Wystarczy wyobrażony świadek, społeczeństwo, wspólnota, sąsiad. Panoptykon można zbudować w głowie. Człowiek sam staje się własnym strażnikiem, a zawstydzanie jest najtańszą formą nadzoru. Nie trzeba karać. Wystarczy, że zrobi się głupio.

.

.

Robert Traczyk
absolwent AST w Krakowie (filia we Wrocławiu). Reżyser teatralny, aktywista kultury. W jego najnowszym spektaklu, zatytułowanym Kiedyś Różą byłam, dziś gniję w kanale, Róża Luxemburg po śmierci zderza się z dzisiejszą współczesnością.